Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
9 postów 133 komentarze

-Fajną książkę wczoraj czytałem. -Momenty były? -Masz....

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Jak w tytule. Chciałbym się podzielić kawałeczkiem wiedzy o świecie, którą świeżo nabyłem. A nabyłem ze wspaniale czytającej się książki - Karlheinza Deschnera - „Polityka papieska w XX wieku”.

- Fajną książkę ostatnio czytałem…     - Momenty były?    - No masz…

 

Jak w tytule.

      Chciałbym się podzielić kawałeczkiem wiedzy o świecie, którą świeżo nabyłem. A nabyłem; ze wspaniale czytającej się książki -  Karlheinza Deschnera -  „Polityka papieska w XX wieku”.

    Dociekliwy i nieuprzedzony czytelnik po lekturze tego rzetelnego w swojej historiografii dzieła, dochodzi nieodmiennie do wniosku, że „religia” zwłaszcza w jej wymiarze „instytucjonalnym”; to jedna z najgorszych rzeczy jakie mogły przydarzyć się ludzkości. A w szczególności religia katolicka; jest daleko „do przodu” z wszelkimi „podłościami”,  w stosunku do wszystkich myślących inaczej i niechcących się podporządkować. Wciąż przez wieki uzurpuje sobie prawo do narzucania innym jak żyć. I to nie w imię „moralności”, która to w „kościele” zawsze była fałszywa, ale w imię swojego jak najbardziej ziemskiego interesu.

Mamy wiek XXI, i co z tego? Co z tego, że technika mogła by nam w dzisiejszych czasach zapewnić rzeczy które zdają się fantastyką; skoro mamy „religię” w szkołach a środki które Państwo Polskie topi w „kościele”, mogły by uleczyć wiele „kulejących” spraw społecznych?  Kontrast jest niesamowity; Z jednej strony – zaglądamy w najdalsze zakamarki wszechświata, z drugiej odprawiamy „hokus-pokusy” w „świątyniach” …

     Co prawda - „koń jaki jest każdy widzi”, lecz nie każdy zdaje sobie sprawę z faktów które pokutują gdzieś na granicy naszej świadomości. O "korporacji" która nazywa się Watykan, nie łatwo dowiedzieć się czegokolwiek ze źródeł innych niźli "zbliżonych do kurii"...

     A już zupełnie niemożliwym dla większości z nas, jest ogarnięcie całości i wyłuskanie prawdy,  z tego zalewu różnorakich „newsów”. A przecież każdy kawałeczek wiedzy o naszej planecie i jej historii jest bezcenny!

      Zresztą większość ludzi tak naprawdę nie chce znać prawdy. Zaskorupieni w swoją niewiedzę, czują się najzwyczajniej bezpieczni… Wystarczy TV, kromka chleba i pomodlić się.  A co do reszty „jakoś to będzie” z bożą pomocą…

           Nie będę się silił na jakąś wybujałą analizę tematu.  Myślę, że autor jest w stanie zrobić to lepiej.

A więc oddaję mu głos.

             „Wiara żyje w wiernych, a nie na odwrót, jakkolwiek wierni pragnęliby wierzyć w to drugie. Troszczy się o to tych niewielu, istotnie żyjących z wiary, chociaż bardziej z cudzej wiary niż własnej, w co jednak wierzący nie chce uwierzyć.

Dopóki ja sam byłem jeszcze wierzącym, tego rodzaju książka wydałaby mi się niewiarygodna, mało tego: niegodna, jej autor zaś byłby wcielonym diabłem. Bo jako wierzący katolik, jak prawie wszyscy wierzący katolicy, nie miałem pojęcia o historii katolicyzmu. Z takiej właśnie ignorancji żyje papiestwo, odkąd papiestwo istnieje.

Ale także niekatolicy, a nawet mnóstwo ludzi religijnie indyferentnych, nie wiedzą, co naprawdę kryje się za „historią zbawienia". Poza tym najzwyczajniej trudno im uwierzyć, że historia zbawienia może być tak mało zbawienna, historia świętych zaś tak doszczętnie wyprana z wszelkiej świętości. Godne uwagi zdanie Helwecjusza: „Czytając ich legendy o świętych, znajdujemy w nich tysiące imion kanonizowanych przestępców" wydaje im się bezwstydnie przesadzone, ba! całkiem niewiarygodne, mimo że co do słowa odpowiada rzeczywistości, a później wielokrotnie jeszcze się potwierdziło.

Jednakże ludzkość, chociaż zmierzająca do tego, aby diabli ją wzięli razem z całą historią zbawienia i ze wszystkimi świętymi, wciąż nie może i nie chce w to uwierzyć. Cała armia zaś dobrze opłacanych bojowników (nie tylko w sutannach) bez przerwy trudzi się nad tym, ażeby nie dać w to uwierzyć, ale raczej spowijać historię w dym kadzideł i bez mrugnięcia okiem nazywać to „wiedzą", zwłaszcza wówczas, gdy tak dobrze znane „ciemne momenty" z przeszłości bezlitośnie spisuje się na straty, aby tym lepiej zamydlić to samo w nowszych czasach. Wiąże się to z osobliwym przeświadczeniem wielu osób, że zbrodnia popełniona tysiąc lat temu nie jest taka zła, jak dzisiejsza, i że w ogóle można by już pozostawić te starocie w spokoju. Tylko że sprawy te nie są bynajmniej stare! Przeszłość wcale nie przeszła! A głupi frazes, że historia się nie powtarza, bez ustanku demaskuje sama historia, w gruncie rzeczy ciągle się powtarzająca; a jak bardzo, to właśnie unaoczni nam obecne Jedno stulecie w historii zbawienia.

Nie są to „dzieje papieży" ani żaden psychogram tych osób, tylko zwięzła diagnoza instytucji, oparta na jej historii w ostatnim stuleciu. Kiedy świat wreszcie zrozumie, że nie o to chodzi, kto stoi na czele tego Kościoła? Że mamy do czynienia zawsze z tym samym potworem, bez względu na to, jak nazywa się jego głowa! Nie jest to w żadnym razie książka „pisana na klęczkach", jak wyznał o swoim pisaniu niemalże w naszych czasach pewien sekretarz papieża i kardynał, którego urzeka „czar" tudzież „ze wszech miar święte wydarzenia, w jakich autor tych słów uczestniczył". Nikt nie wyjdzie tutaj na swoje, kto by się chciał dowiedzieć, jakie to uczone były głowy Kościoła, jak uczuciowe i pełne ojcowskiej dobroci, jak anielski wiodły tryb życia, jak były dobroduszne i pełne zakonnej prostoty; że pijały najczęściej wodę, jak Pius XI, torujący drogę Mussoliniemu, generałowi Franco, Hitlerowi; że prześcigały się, tak jak wspólnik tych samych panów Pius XII z zakonnicą Pasąualiną Lehnert, zaangażowaną w kwiecie wieku 23 lat, kto pierwszy zgasi światło, aby oszczędzać prądu, co zapewniło m.in. temuż „Ojcu Świętemu" (patrz t. II) odpowiednik 80 milionów marek osobistego majątku w złocie i dewizach.

Kto chciałby przeżyć taki „Watykan od środka", rozczarowałby się. Za to widać, co słudzy Kościoła zwykli bagatelizować albo tuszować, a co kompletnie ignoruje większość pozostałych historyków, dla których papiestwo, przez respekt dla jego duchownego prestiżu, jak gdyby w ogóle nie istniało: jego przenikanie się nie tyle z mocami zaświatowymi, ile z potęgami świata doczesnego. Żaden zaś inny Kościół ani religia nie walczą nawet w przybliżeniu tak celowo i niszczycielsko, jawnie albo skrycie, na arenie politycznej i społecznej.

A czy „namiestnicy Chrystusa" życzyli sobie uprawiać „wielką politykę" expressis verbis,jak Leon XIII, czy okazywali jej rzekomą niechęć, jak jego następca Pius X, który wciągnął narody w I wojnę światową, tak czy owak wszyscy uprawiali politykę; i to ani na jotę nie mniej „świecką" niż inni politycy, a nawet tym bardziej świecką, że zgodnie z przyjętym zwyczajem stroili swą politykę w wielkie słowa i gesty, ciągle mówiąc o „Bogu", „Chrystusie" i „zbawieniu duszy", kiedy szło im o siebie i swoją żądzę władzy, co sprawia, że historia zbawienia jest jeszcze groźniejsza, gdyż bardziej obłudna od wszelkiej innej polityki. Przecież w tym Kościele, czego nie sposób przecenić, wszystko jest polityką; nie tylko sprawy tak oczywiste jak podatki kościelne, chrzest noworodków, nauka religii czy kwestia małżeństw mieszanych, jak kościelna doktryna własności prywatnej, walka przeciw kontroli urodzeń, ale i to, co z pozoru najbardziej apolityczne: modlitwa przy stole, spowiedź, komunia i każda starowinka, która w Lesie Bawarskim albo w Peru zanurza dłoń w wodzie święconej: wszystko to rzuca się w końcu, pomnożone przez miliony, na szalę kapłańskich ambicji w zakresie władzy i panowania nad światem.

Pisząc już od dziesięciu lat Kryminalną historię chrześcijaństwa, której ukazujący się wreszcie pierwszy tom dotyczy starożytności, postanowiłem nagle poprzedzić go książką o czasach najnowszych. Skłoniła mnie do tego zarówno aktywność na skalę światową, jaką rozwija dzisiejszy pontifex maximus , jak i moja własna obawa, że historia zbawienia mogłaby dobiec kresu, przynajmniej na chrześcijańskim Zachodzie, zanim ja zdążę ukończyć Kryminalną historię chrześcijaństwa.

Wielki Giambattista Vico, pesymista negujący wszelką wiarę w postęp, w przeżyciach historyka wysławiał przynajmniej un divin piacere, boską zaiste rozkosz. Co się tyczy autora następujących kart, pisanych z pewnością nie sine ira, tylko jak najbardziej cum ira, nie szykują mu ani niebiańskich rozkoszy, ani piekielnych; skłaniałyby go raczej do rzygania, mówiąc bez ogródek, lecz wynika to nie tyle ze sposobu jego patrzenia, ile z właściwości historii, na którą patrzy.”

 

Tyle sam autor tytułem wstępu.

   Ja od siebie dodam tylko, że nie potrafię zrozumieć tzw. Katolików, którzy z zajadłością godną iście barbarzyńskiej hordy, zwalczają bezkrytycznie każdy fakt dotyczący ich „religii pokoju”. Chociaż "mechanizm" samego zjawiska jest naukowcom doskonale znany i całkiem obszernie opisany w literaturze fachowej. Nazywa się "pranie mózgu" ...

 

Oczywistym jest też fakt, iż sam wstęp to nie książka. A więc proszę:  Karlheinz Dreschner „Polityka papieska w XX wieku. Tom 1 & 2

Serdecznie polecam.

 

 //www.sendspace.pl/file/8b5e55039913408bf24455b

 

Życzę wszystkim przyjemnej lektury.

 

Ps. Oczywiście gdyby ktoś chciał zarzucić mi „piractwo” wyjaśniam, że książeczkę „pożyczam” w ramach „promocji” i namawiam gorąco aby zakupić; bo warto. J

Jeśli ktoś będzie miał problem z "zassaniem", proszę o wiadomość na priv - prześlę wtedy mailem, może posiadam również literaturę której szukacie - mam tego kilka tysięcy tytułów :)            Zdjęcie od wujka googla.

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

ULUBIENI AUTORZY